Parafia św. Wawrzyńca
Nowy Sącz – Biegonice

Światowe Dni Młodzieży – wspomnienia ciągle żywe

W 2016 roku miałam możliwość razem z moją siostrą Emilią wziąć udział w Wincentyńskich Dniach Młodzieży oraz Światowych Dniach Młodzieży. Nie mogę powiedzieć, że był to zwykły kilkudniowy wyjazd w dobrze znane mi miejsce, bo te dni ogromnie zmieniły moje myślenie i postrzeganie świata, a przede wszystkim ludzi.

Pierwsze były WDM, na które pojechałyśmy jako członkinie Wincentyńskiej Młodzieży Maryjnej. Byłyśmy przygotowane na to, że mimo iż w Polsce do naszego Stowarzyszenia należą głównie dzieci, to w pozostałych państwach naszego globu są to osoby przeważnie w wieku 15-30 lat. Jednak, nic dziwnego, że pomimo tej wiedzy po przybyciu na WDM byłyśmy zaskoczone średnią wieku uczestników. Jest to spotkanie całej rodziny Wincentyńskiej, więc biorą w nim udział również członkowie innych Stowarzyszeń, czy księża i siostry, które łączy charyzmat Wincentego a Paulo.

Wracając już do samych wydarzeń, WDM odbyły się w Piekarach koło Krakowa w Centrum Edukacyjnym Radosna Nowina 2000, na terenie mojego liceum. Z tego powodu problemy z noclegiem i cóż by nie mówić, lekki bałagan w dokumentach, nie były zbyt wielkim problemem. Nawet dzięki niemu zyskałyśmy więcej czasu – nocowałyśmy na terenie Centrum, a nie kilka kilometrów od tego miejsca (jak większość Polaków). Mogłyśmy do późna rozmawiać, bawić się, śpiewać, czyi brać udział we wszelkich wydarzeniach, zarówno tych wcześniej zaplanowanych, jak i tych zupełnie spontanicznych. Niezależnie od tego do jakiej kategorii je zaliczyć,  wszystkie niosły ze sobą taką wielką dobroć i radość, że jest niemożliwe ją opisać. Adoracje, Msze święte, powitanie, program artystyczny, przedstawienie poszczególnych kontynentów… Długo by można wymieniać. Ale najważniejsi są tutaj LUDZIE. Takie proste i oklepane zdanie, ale najprawdziwsze. Gdy poznajesz ludzi, ledwo bełkocząc w jakimś języku, a mimo to dogadujecie się, opowiadacie o sobie, razem się bawicie, nawiązujecie relacje, to jest to niesamowite doświadczenie. Na dodatek większość z nich ma podobne poglądy na świat co ty a jednak jednocześnie zupełnie odmienne. Wisienką na torcie są tu takie momenty, gdy poznany dwa dni temu chłopak wychodzi na scenę i oświadcza się swojej dziewczynie, którą też znasz i na dodatek rozmawiałaś przez pół poprzedniego dnia. Albo, gdy większość Polaków jest niezbyt zadowolona z programu tańców regionalnych podczas nadchodzącego wieczoru polskiego – większość z nas sądzi, że nie mamy się czym chwalić, w porównaniu z innymi narodowościami. Zmienia się to dopiero, na samym wieczorze, gdy scena i namiot, wypełnia się po brzegi, za sprawą obcokrajowców, którzy są urzeczeni naszą kulturą i wypełniają przewidywaną zabawę dla 100-letnich staruszków młodzieńczą energią. Wtedy większość Polaków przychodzi chwilę po rozpoczęciu zabawy, gdy hałas dobiegający z tamtego miejsca jest tak ogromny, że oczywistym staje się, że mamy się czym chwalić.

Osobiście mogę powiedzieć, że nigdy nie brałam udziału w czymś co niosłoby ze sobą tyle entuzjazmu, radości, ducha wspólnoty, akceptacji, dobrego współzawodnictwa…

Niestety to co dobre szybko się kończy. Już rankiem 26 lipca byłyśmy w drodze do Krakowa na ŚDM. Niestety to może nieodpowiednie słowo. Odpowiada ono końcowi poczucia małej wspólnoty na WDM, ale otwiera nowe możliwości. Na ŚDM mieszkałyśmy w Domu Sióstr Szarytek przy ul. Warszawskiej 8 skąd codziennie wybierałyśmy się na poszczególne wydarzenia. Temu miejscu i siostrom wiele zawdzięczamy, bo dzięki Nim tak naprawdę mogłyśmy wziąć udział w obu wydarzeniach. I choć początkowo wydawało się nam, że będzie dość łatwo i przyjemnie, to każdego dnia wracałyśmy niemal wycieńczone. Nie jestem w stanie policzyć ile kilometrów w sumie przeszłyśmy, ale naprawdę dużo. Komunikacja miejska właściwie nie funkcjonowała w obrębie centrum miasta, gdzie mieszkałyśmy. I to właśnie dzięki siostrom, które zapewniły nam nocleg w chłodnych pokojach i pyszne jedzenie, byłyśmy w stanie w pełni uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach. W przeciwieństwie do WDM spędzałyśmy zdecydowanie więcej czasu ze znajomymi z Polski, choć i tu poznałyśmy sporo osób i zaskakujących historii. W momencie gdy próbowałyśmy dostać się na Krakowskie Błonia, gdzie miał za niedługo przyjechać papież, poznałyśmy dziewczynę, której koleżanka schowała bilet wejścia do jej sektora za znakiem drogowym, pozostawiając jedynie zdjęcie jako wskazówkę. Razem go odszukałyśmy, co wcale nie było takie proste, jakby się wydawało. Innym przykładem może być spontaniczny taniec i gry z grupą z Zachodniej Afryki, gdzie jeden z najlepszych tancerzy był wciąż „przeganiany” z miejsca występu przez żonę. Uważała, że w tym miejscu może to być niestosowne. Tak niespodziewane i zaskakujące sytuacje czaiły się na każdym kroku. Począwszy od Mszy Świętej rozpoczynającej ŚDM, poprzez konferencje, festiwal młodych, powitanie ojca świętego, drogę krzyżową aż do czuwania z Ojcem Świętym i Mszy Św. posłania.

Gdy tutaj opowiadam o poznanych ludziach, mam na myśli jednocześnie ich historie a często i świadectwa wiary, wspólnoty, których istnienia nawet nie mogłabym przypuszczać. Tu nie sposób wspomnieć o działaniu Ducha Świętego, który działa tak jak chce. Na ŚDM przybyło sporo osób niepewnych, wątpiących lub takich, którzy uznali je za świetna okazję na wycieczkę „po kosztach”.  To wcale nie pogorszyło sytuacji, a wręcz przeciwnie, ubogaciło wszystkich wokoło. Fantastyczne konferencje pozostawały długo w pamięci, modlitwa z innymi przemieniała serca.

Zarówno WDM jak i ŚDM, z perspektywy czasu jest dla mnie trochę jak ścieżka. Droga życia w miniaturze. Niepojęte działanie Boga, który może wszystko. Zaczynałyśmy od poznawania ludzi, po trochu po kolei, ale mimo tego tak intensywnie, że nie da się tego opisać. Wspólnota prowadziła coraz dalej, aż do osobistego poznania Boga. Bliższego spotkania. Myślę, że każdy wierzący zrozumie moje słowa, mimo tego, że to co pisze jest niezbyt ładne i składne. Kumulacją tego wszystkiego było czuwanie z Ojcem Świętym. Pielgrzymka na miejsce wydawała się być okropną wizją, przez pryzmat zmęczenia dotychczasowymi wydarzeniami, które całkowicie absorbowały zarówno mnie jak i moją siostrę. Nie było łatwo. Temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza, wielkie tłumy podążały w stronę podkrakowskich Brzegów mimo tego, że zdecydowałyśmy się wyruszyć wcześniej. Ale i tu ludzka życzliwość okazała się większa. Napotykane osoby rozmawiające z Toba za każdym razem, gdy nie masz sił. Okoliczni mieszkańcy spryskujący wszystkich wodą z węży ogrodowych, a potem strażacy. Choć muszę przyznać że najcięższe było narzekanie mojej siostry i to że ja chodzę zdecydowanie szybciej od niej. Gdy dotarłyśmy na miejsce, do swojego sektora wydawało się, że wszystko będzie już idealnie. Wcale nie było, jak można się spodziewać. Rozłożyłyśmy rzeczy obok sióstr (szarytek – jakżeby inaczej) i rozmawiałyśmy długo z jedną z nich. Potem poznałyśmy dwóch chłopaków (z Oazy) z pod Warszawy. Rozmowy nie miały końca, rozpoczęło się wspólne czuwanie. Moment, gdy wszyscy się razem modlą, te tysiące zapalonych świec. Był przecudowny. W takim miejscu odkrywasz jaki jest Kościół. Choć większość nie jest w stanie dojść, to wszyscy pomagają sobie nawzajem, a gdy dotrą na miejsce razem się modlą. Nie do opisania. I tu wszystko byłoby pięknie, ale dokładnie w tym miejscu zaczynają się problemy. Miałyśmy szczęście być w sektorze, który leżał tuz koło jeziorek i bagna – krótko mówiąc wody. To była najgorsza wiadomość dlatego, że po pełnym spiekoty dniu, nastała chłodna, wilgotna noc. Nie byłam zbytnio przytomna, wiec nie wiem co mogła myśleć moja siostra, 16-latka, która musiała zająć się swoją starszą siostrą. Zapewne nie za dobrze wyglądałam, bo chłopcy, którzy się do nas przysiedli tez byli zaniepokojeni moim stanem. Wycieńczenie, gorączka i dreszcze, jak usłyszałam rankiem od mojej siostry, były przyczyną jej myśli czy przypadkiem nie poprosić ratownika, by zabrał mnie do lekarza, bo o własnych siłach na pewno nie dojdę. Czyli najkrócej mówiąc „wpakować” mnie do karetki, by mnie tam zabrała. Na szczęście następnego dnia, po tej feralnej nocy było już lepiej. Choć było mi zdecydowanie głupio, że nie spędziłam więcej czasu z genialnymi ludźmi i tym samym zniweczyłam tez plany mojej siostrze, było zdecydowanie lepiej niż myślała. Mi tabletki pomogły. Niestety nie można było tego powiedzieć o innych. Ludzie dosłownie padali jak muchy już od wczesnego ranka. Podczas Mszy słońce już raczej paliło niż świeciło, więc poszkodowanych było znacznie więcej.

Po poprzednich spotkaniach z papieżem na Błoniach wiedziałyśmy już gdzie słuchać tłumaczenia wypowiedzi papieża, więc mogłyśmy wysłuchać czytań i homilii. Myślę, że najlepsze słowa jakimi można opisać tę Mszę jest cisza. Po tych wszystkich wydarzeniach – cisza rozmowy z Bogiem i nic więcej. To wszystko czego potrzeba.

Potem chciałyśmy już tylko wrócić do domu a wcześniej do sióstr „na Warszawską”. Nie było to jednak tak proste jak myślałyśmy. Tłum był bardzo zbity. Część osób wyszła już przed Mszą, albo w jej trakcie, ale to wcale nie pomagało. Tłum był tak zwarty w miejscu, gdzie przechodzili zarówno piesi jak i przejeżdżały autokary i pojazdy służb, że świece, które część osób zabrała na pamiątkę po czuwaniu, po prostu się stopiły. I to nie jest żadna metafora. Nasze przetrwały, ale już w innym kształcie, tylko i wyłącznie dlatego, że plecaki częściowo ochroniły je przed gorącem.

Po przejściu tego feralnego odcinka było już dużo lepiej. Szło się nie najgorzej, choć gorąc dawał się we znaki, a informacja, że tramwaje nie będą kursować z racji na możliwe przepychanki i bitwę o miejsca, czyli jak nam powiedziano „dla bezpieczeństwa”, oznaczała 7 kilometrów dodatkowego marszu. Sytuacja zmieniła się trochę, gdy pojawiły się wielkie, czarne chmury burzowe, które przykryły większość nieba. Przyjemny wiatr zaczął dąć i po chwili, gdy spotkałyśmy moją przyjaciółkę z Ukrainy wraz z jej grupą, spadł na nas deszcz – początek ulewy. Dalsza droga powrotna – na bosaka – była już zdecydowanie milsza. Przy okazji dowiedziałyśmy się, że cały czas mieszkałyśmy obok siebie. Bardzo miły zbieg okoliczności.

Po dotarciu do domu sióstr, nie zagrzałyśmy długo miejsca. Szybko zjadłyśmy obiad, spakowałyśmy się i popędziłyśmy na autobus, mimo że cześć grup zostawała do następnego dnia. My miałyśmy już wykupione bilety. Wiedziałyśmy, że spacer, choć kilkumetrowy do Galerii Krakowskiej, a przez nią na dworzec nie będzie miły, z racji drugiej tego dnia ulewy, Jednak nie spodziewałyśmy się tego, co nas spotkało. Musiałyśmy biec na około budynku by zdążyć na autobus, z racji zamknięcia przejścia przez galerię dla podróżnych, udających się na dworzec. Przed budynkiem był wielki zdezorientowany tłum ludzi, którzy nie wiedzieli jak inaczej dojść na swój pociąg czy autobus. My za to zmokłyśmy do suchej nitki. I chyba nigdzie w moim życiu, to określenie nie pasowałoby bardziej. Nawet bilety nam przemokły, ale mimo to kierowca w ostatniej chwili otworzył nam drzwi i pozwolił wsiąść.

Na pytania czy było warto, nie odpowiadam z oczywistych względów. Historyjek i anegdot mogę opowiadać chyba tysiące, bo było ich tak wiele, i każda była tak dojmująca, że żal ją pominąć. Ja wybrałam te, które najlepiej zapamiętałam, ale moja siostra dorzuciłaby jeszcze z kilka. Emocje da się przekazać częściowo, ale wiarę i Bożą Obecność w tym całym zamieszaniu zaledwie małą cząstkę. Opowiedzenie całości wymaga poznania całej historii danej osoby, bo tam dużo odpowiedzi, jakie padły, to takie małe subtelne znaki od Boga, ale w tak ogromnej liczbie, że nie sposób uwierzyć.

Dla mnie osobiście, jako dla osoby młodej, która nie za bardzo wiedziała i poniekąd nadal niezbyt wie co chce robić w życiu i jaki jest jego cel, to była ogromna lekcja pokory i świadectwo łaski Boga, który z wielu ludzi, takich jak ja, robi tak ogromne rzeczy, że niejeden człowiek uznałby to za fantazje wyobraźni. Jeśli nie brałeś w tym udziału, nie żałuj. Po prostu spakuj plecak i ruszaj na następne ŚDM i WDM. Marzenia są po to by je spełniać. Czas podnieść się z kanapy… To wszystko co mogę powiedzieć 🙂

Ula Wójcik